|
Trzy godziny później zawodnicy zjedli już swoje porcje kiełbasek. Doktor Pawłowski pozwolił również na wypicie małego browarka. – Po jednym panowie, ale tylko po jednym! – przestrzegał piłkarzy. Oczywiście na jednym się nie skończyło. Najpierw ktoś wyciągnął butelki z wytwórni ”Abra-kadabra”. Atmosfera stawała się bardzo wesoła. Olek Bartkowski na swym przenośnym komputerze puszczał najnowsze kawałki z list przebojów. - Wakacyje, wakacyje!!! – wesoło podśpiewywali piłkarze. Po chwili dwóch najmłodszych w zespole, czyli Adrianek Moskalewicz i David Adams zostali wysłani do pobliskiego spożywczaka, w celu dokupienie niewielkiej ilości trunków. - Nie mieli ani wody ognistej, ani też Dziczkopaków! – obwieścili smutno po powrocie. – Kupiliśmy więc kilka kartoników Cytrynowej Rozkoszy! – radość tłumu była wielka.
Błysk, Pawłowski i Marek konsumowali zakupioną przez wiceprezesa flaszeczkę we własnym gronie. Gdy doktor Szymon poszedł po Gęsińskiego, też odrzekł mu jedynie obojętnym tonem: - Ja już piłem dziś, nie mam ochoty na dalszą zabawę! Pawłowski pomyślał iż Zdzichu najwyraźniej tęskni za swym kotem, ale nie kontynuował tematu i udał się do swego pokoju. Gęsiński natomiast powrócił do kontynuowania czytania jakiegoś romansidła. - Chłopcy, a może zrobimy karaoke! – myśl Janka Chmiela była jednym z tych pomysłów, którego absolutnie nie można było odrzucić. – Wituś, oderwij się od tego E-Playa i włącz jakiegoś mjusik-plajera! Dolny mimo iż miał ochotę na śpiewanie, niechętnie zakończył grę. Dopiero go wysłał swoją flotę na odległą galaktykę, mógł spełnić życzenie grupy, która zaczęła już skandować: Karaoke! My chcemy karaoke! - To kto pierwszy będzie śpiewał? – zapytał Czesiek Rafalski. – Olek, może Ty zaczniesz? Muzyka nigdy nie należała do ulubionych przedmiotów Olka, gdy ten chodził jeszcze do szkoły podstawowej. Jego nauczycielka kiedyś nawet powiedziała o nim, że chyba słoń nadepnął mu na ucho, czy coś równie dużego… Jednak ilość wypitych trunków zabiła w nim wszelką wrodzoną nieśmiałość. - Dobra chłopaki, losujcie jakiś utwór. – odrzekł niezwykle pewnie i zadziornie. Adrianek Moskalewicz wytrzasnął skądś mikrofon, został od podłączony do przenośnego komputera (oczywiście mikrofon, a nie Adrianek) i Olek zaczął nucić wylosowaną piosenkę: - Gdzieee jesteścieee przyjacieleee moiii??? Odpłyneliii w sinejjj mgleee!!! - Brawo, brawo!!! – publiczność zebrana wokół ogniska reagowała żywiołowo. - To kto następny? – zapytał Marek Owca, gdy Bartkowski zszedł już ze sceny. – Janku, może Ty? - Raczej nie... – Janek próbował się bronić, jednak po chwili musiał stanąć z mikrofonem w ręku i czekać cóż to za utwór przygotuje dla niego maszyna losująca. - Tyle było chwil, do utraty tchu... – zaczął nostalgicznie kapitan Dream Boysów. - Uwaga, uwaga! Idzie wiceprezes! Chowajcie alkohol! – wrzasnął nagle przestraszony Tomek Damianowski. Wśród bawiących się przy ognisku zapanowała wielka panika. Błyskawicznie zmniejszyła się ilość pustych puszek i butelek leżących nieopodal zawodników. Również uroniono nieco alkoholu, gdyż ponapoczynane butelki pod naporem rąk panikujących kopaczy DB poprzewracały się, wylewając na trawę swoją szlachetną zawartość. Wiceprezes Błyska postanowił zaczerpnąć nieco świeżego powietrza i przyjść do ogniska. Usiadł obok zdezorientowanego Pawełka Lolla i zapytał mętnym głosem: - Chłopaki, macie coś jeszcze? - Niestety panie wiceprezesie, kiełbaska już się skończyła! – zakomunikował mu Lucjan Ważniak łamiącym się głosem. - Oj, nie chodzi mi o kiełbaskę. Macie może... coś mocniejszego – wyszeptał Błysk. - Oczywiście – ucieszył się Chmiel – Davidku, masz jeszcze Cytrynową Rozkosz? Poczęstuj pana wiceprezesa! Gdy Błysk wypił już dwie szklaneczki cytrynowego napoju, również i on został poproszony do mikrofonu. Najpierw starał się bronić, lecz później okazało się iż śpiewa chyba najlepiej z całego zespołu. - Niby nic nie dzieje sieee, niby jestem, niby nieee – wiceprezes niesiony aplauzem zebranych piłkarzy śpiewał dalej. - Wiem, że nagle nadszedł dzieeeń, kiedy w bestie zmieniam sieee!!! Czesiek Rafalski i Tomek Damianowski w jednym momencie poczuli, iż muszą udać się za potrzebą. Nadmierna ilość wypitych płynów dawała o sobie znać. Obydwaj dżentelmeni podeszli pod stary, rdzewiejący już garaż, stojący na tyłach ośrodka, i zaczęli załatwiać swoje potrzeby fizjonomiczne. Nagle Czesiek, wsłuchując się w odgłosy wydawane przez siebie oraz w odgłosy wydawane przez kolegę, zapytał: - Tomek, jak to jest, że ja sikam głośno a Ty cicho? - Bo wiesz drogi Czesiu, Ty sikasz na blachę i dlatego jest głośno. - A ha – Czesiek najwyraźniej rozumiał skomplikowane wyjaśnienia kolegi. - A ja sikam na spodnie. – dokończył Damianowski. - I nie jest Ci żal spodni? - Nie, bo sikam na twoje spodnie. Mina Rafalskiego nie była już tak wyraźna jak przedtem... Następnie przyszła kolej na Marka Owce. Ten jednak protestował stanowczo, twierdząc iż nie zacznie śpiewać dopóki nie wypije cytrynowej szklaneczki z trenerem Gęsińskim. Młodzi piłkarze wprawdzie nieco skrzywili się na taką deklarację, jednak już sam Florian nie był nic a nic zdziwiony. Co więcej, postanowił iż uda się do pokoju Gęsińskiego i przyprowadzi go do ogniska. Jak rzekł, tak też uczynił – chwiejnym krokiem udał się po Zdzicha. Ten wprawdzie marudził, iż przerywa się mu w lekturze, że jest zmęczony i nie ma ochoty na zabawę, jednak gdy usłyszał iż piłkarze urządzili karaoke dał się namówić. - Dobrze, ale puścicie mi moją ulubioną piosenkę! - Alibaba Arab z bajki, nie chce wina, ani fajki... – Zdzichu machnął dla odwagi dwie szklaneczki cytrynóweczki i powrócił do śpiewu, choć faktycznie jego jęki ze śpiewaniem nie miały wiele wspólnego. – Ooo obudź się Czarny Alibabooo!!! - Brawo, brawo panie trenerze! – niczym zawodowy klakier ukazał swój udawany zachwyt Kaźmirz Przecinak. Później śpiewali jeszcze Marek Owca – brawurowe wykonanie ”To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy pić!”, Czesiek Rafalski ”Przystojny jestem - to po mamie mam - przystojny jestem – to po tacie mam!”, Lucjan Ważniak śpiewał ”Mam tak samo jak Ty, miasto moje a w nim...” oraz David Adams który łamaną polszczyzną wykonał legendarny przebój Kazka Bryły ”Sportofcy majom choty, a ksczegolnie kodziasze – kcesz mnietsz szycie pokopane to zostan pilchaszem”. Jedynie Pawełek Loll nie chciał śpiewać! Nie bo nie – strzelił focha i poszedł do swojego pokoju. - Pewnie ma okres! – zdiagnozował Damianowski. - Albo co gorsze, zezłomowali go na E-Play dodał Wituś. - Nie ładnie, nie ładnie tak się nie bawić z nami! Zapamiętamy to! – obwieścił złowrogo Marek Owca. I rzeczywiście zapamiętali. Następnego ranka po śniadaniu zaplanowany był odjazd z Psowa. Posiłek nadspodziewanie dużo czasu zajął właśnie Pawełkowi. - Jedziemy już, panie kierowco jedziemy – wrzeszczał żałośnie autokar pełny zawodników DB. - A wszyscy chociaż jesteśmy? – zapytał szef grupy, czyli wiceprezes Błysk. Liczenie pasażerów utrudniał mu fakt, iż wszystko widział podwójnie i strasznie kręciło się mu w głowie. - Wszyscy, wszyscy – jedziemy! – odrzekł ktoś z tyłu autokary. - No to jedziemy – odparł szofer tegoż autokaru i odjechali spod ośrodka w Psowie. Zawodnicy ubaw mieli nieziemski. Zwłaszcza, że zdążyli zauważyć jeszcze twarz zdziwionego odjazdem autokaru Lolla, który właśnie w takim momencie wyszedł ze swoimi bagażami z ośrodka. - Ha ha – ruch na świeżym powietrzu dobrze mu zrobi – podsumował kolegę Czesiek. - Ha ha ha!!! – wybuchli śmiechem piłkarze. - A wiecie ile dochodzi Pawełek? – zapytał ktoś inny – Pawełek dochodzi osiem kilometrów! (taka bowiem odległość dzieliła ośrodek w Psowie od hotelu Czarek). Bez wątpienia dla Pawełka było to najdłuższe osiem kilometrów w życiu. I nie przez przypadek nie odzywał się do kolegów z zespołu przez najbliższe kilka dnia. - Taki dowcip zrobić... I to mi... – popłakiwał cichutko.
|